Z kart historii bieguna południowego

Choć wio­sna w pełni, mnie natchnęło na pisa­nie o czymś prze­ciw­nym. Ci, któ­rzy mnie jesz­cze nie znają, nie wie­dzą, że histo­ria zdo­by­cia bie­guna połu­dnio­wego to mój konik… Dla­tego przed­sta­wiam krót­kie opo­wia­da­nie o finale podróży na połu­dnie…

Poprzez lodowe pust­ko­wie, sma­gane zim­nym wia­trem połu­dnia, sła­nia­jąc się ze znu­że­nia, szło pię­ciu męż­czyzn. Cią­gnęli za sobą cięż­kie, oszro­nione sanie. W drżą­cych od mrozu rękach ści­skali drew­niane kije, a nogi wcze­pione w drew­niane narty nie­chęt­nie podą­żały do przodu. Ich twa­rze, obcią­gnięte i ponure, pokryte były skur­czem zmę­cze­nia, a z kil­ku­dnio­wego zaro­stu zwi­sały sopelki lodu. Cienką ich odzież pokry­wała war­stwa śniegu, utrud­nia­jąca ruchy, przy każ­dym pośpiesz­nym odde­chu w powie­trze uno­siły się obłoczki pary.

Pośrodku podą­żał czło­wiek lat może czter­dzie­stu, na oczach miał skó­rzane oku­lary z kolo­ro­wym szkieł­kiem, chro­nią­cym od ostrego słońca, jego twarz była wład­cza, usta zaci­śnięte, ale oczy spo­glą­dały dobro­tli­wie, zmierz­wiona i skle­jona od potu fry­zura zasła­niała czoło. Liczne ślady odmro­żeń na policz­kach wzbu­dzały współ­czu­cie, postać jego była zgar­biona, ubra­nia zwi­sały, tar­gane żało­śnie wia­trem. Weł­niana czapka z prze­dłu­że­niem na szyję nie chro­niła przed prze­ni­ka­ją­cym do szpiku kości chło­dem.

Był to kapi­tan bry­tyj­skiej eks­pe­dy­cji na Antark­ty­dzie, Robert Fal­con Scott.

Podróż­nicy już od dłuż­szego czasu prze­mie­rzali bez­kre­sne rów­niny, lodowce i szcze­liny, aby dotrzeć do celu, celu który miał przy­nieść chlubę Anglii i światu – do bie­guna połu­dnio­wego.

W cięż­kich warun­kach przy­szło podą­żać człon­kom wyprawy. Fala nie­po­wo­dzeń już od początku, niczym złe fatum, trzy­mała się eks­pe­dy­cji. Sanie moto­rowe, krzyk tech­niki, główne zało­że­nie przy trans­por­cie żyw­no­ści i zapa­sów – zawio­dły. Zach­wa­lane kuce, wytrzy­małe na mróz, spro­wa­dzane z odle­głych kra­jów – zdy­chały jeden po dru­gim. Podróż­ni­kom przy­szło samym cią­gnąć cięż­kie sanie ze sprzę­tem i poży­wie­niem. Poko­nali tak już pra­wie całą drogę, od celu dzie­liły ich dni, godziny, minu­ty…

Jed­nak w gło­wie Scotta koła­tała jedna myśl – mogą zostać uprze­dzeni. Kiedy roz­bi­jali obóz na Antark­ty­dzie, do dowódcy doszedł lako­niczny list… Zmie­rzam na połu­dnie – Amund­sen.

Nor­we­ski badacz i odkrywca, nie­syt sławy za bada­nia w Ark­tyce, wyru­szył, by rzu­cić wyzwa­nie naj­więk­szej bry­tyj­skiej eks­pe­dy­cji. Naj­więk­szej i naj­bar­dziej nowo­cze­snej. Rywal uży­wał psów i futrza­nych ubrań – wszystko to zapo­ży­czył od ludów z pół­no­cy… A teraz… Mógł być pierw­szy…

Scott szarp­nął gwał­tow­nie linkę sanek i ze zdwo­joną siłą podą­żył do przodu. Według wczo­raj­szych pomia­rów, znaj­do­wali się nie­spełna dwa­dzie­ścia mil od celu. Dziś powinni zakoń­czyć podróż. Union Jack zało­po­cze zwy­cię­sko nad połu­dniowym czub­kiem ziemi.

Spoj­rzał przed sie­bie. Tylko lodowy pła­sko­wyż, znany już od tygo­dni, roz­ta­czał wokół biel, ale w powie­trzu czuło się ner­wową atmos­ferę. Coś było nie w porządku. Przełknął z tru­dem ślinę i wytę­żył wzrok… Nie, nic nie widać. Nor­we­go­wie nie mogli jesz­cze tu dotrzeć…

Nagle powie­trze prze­ciął ostry, alar­mu­jący krzyk Bowersa, obda­rzo­nego naj­lep­szym wzro­kiem.

– Kapi­ta­nie!

Scott zlu­stro­wał szybko oczyma hory­zont.

– Kapi­ta­nie! – powtó­rzył męż­czy­zna, wska­zu­jąc coś w oddali.

Dowódca zdjął grube ręka­wice i wyjął z sanek lor­netkę. Przy­ło­żył szybko szkła do oczu. Usta­wił ostrość i zoba­czył mały, czarny punk­cik na hory­zon­cie. Nie­wy­raźny, nie­wielki, ale widoczny. Wybi­ja­jący się ponad biel oto­cze­nia.

Amund­sen.

Opu­ścił instru­ment i spoj­rzał tępo w dal. Zapa­dło mil­cze­nie. Przez twarz Scotta prze­biegł skurcz bólu. Patrzył przed sie­bie i nie mógł powstrzy­mać łzy, która sto­czyła się po jego ogo­rza­łej i zmę­czo­nej twa­rzy. Otarł ją szybko ręką, nie mógł pozwo­lić by towa­rzy­sze go widzieli. Prze­grał. Nie przy­nie­sie Impe­rium chwały. Zawiódł wszyst­kich, któ­rzy w niego wie­rzyli. Pomy­ślał o ogrom­nych dłu­gach, zacią­gnię­tych na wyprawę. I o żonie. Która zawsze nie­chęt­nie pusz­czała go na Połud­nie, zawsze z tro­ską w oczach, ale ona prze­cież też byłaby dumna z męża.

Scott zało­żył ręka­wice i ujął w ręce kije od nart. Dru­żyna powoli zbli­żała się do celu, upra­gnio­nego ale teraz znie­na­wi­dzo­nego. O, jakże ina­czej wyobra­żali sobie tę chwilę!

Nie­wielki, jedwabny namiot, przy­mo­co­wany do śniegu kil­koma sznu­recz­kami, długi, bam­bu­sowy kij z flagą Nor­we­gii i z cho­rą­giewką statku eks­pe­dy­cji, wszystko to wzno­siło się w miej­scu, do któ­rego Scott dążył przez lata. Bie­gun połu­dniowy. Podróż­nicy przy­byli tutaj, ale gorzko roz­cza­ro­wani porażką. Sztan­dar zwy­cięz­ców, łopo­cząc nad zdo­by­tym bie­gu­nem, był naj­gor­szym obra­zem, jaki chcie­liby teraz widzieć.

Scott odpiął uprząż i zdjął narty. Zsu­nął z rąk ręka­wice i wol­nym kro­kiem zbli­żył się do namiotu Amund­sena. Roz­chy­lił zmro­żone płachty. Przy­tulne wnę­trze kryło kilka skrzyń żyw­no­ści i nie­po­trzebne instru­menty nawi­ga­cyjne. Na wierz­chu koperta, zaadre­so­wana do Scot­ta… I list do króla Nor­we­gii, w któ­rym Amund­sen zawia­da­miał o zwy­cię­stwie, pro­sił bry­tyj­skiego podróż­nika o dorę­cze­nie go, na wypa­dek kata­strofy w dro­dze powrot­nej z bie­guna.

Scott chwy­cił papier i wyszedł na zewnątrz.

– Amund­sen przy­był tu czter­na­stego grud­nia. – prze­czy­tał – prosi mnie o prze­ka­za­nie jego listu do króla Haako­na… – kapi­tan powiódł wzro­kiem po twa­rzach towa­rzy­szy.

Wszy­scy byli zawie­dzeni, ze wszyst­kich oczu bił smu­tek, wszyst­kie ręce drżały ze zmę­cze­nia i zimna. Dopiero teraz Scott poczuł, jak bar­dzo jest wyczer­pany. Chłód prze­ni­kał go do szpiku kości, prze­mo­czona odzież zabie­rała całe cie­pło. Od rana miał w ustach parę sucha­rów i kubek wrzą­cej, sła­bej zupy. Cze­ko­lada, zabrana spe­cjal­nie na tę oka­zję, uroz­ma­ici mono­tonny jadło­spis… Teraz trzeba jesz­cze wró­cić. Trzeba się śpie­szyć, żyw­no­ści nie mamy dużo, do następ­nego składu jesz­cze szmat dro­gi… – pomy­ślał Scott.

Spoj­rzał na flagę nor­we­ską. Pod­szedł do sań, wyjął zwi­niętą cho­rą­giew bry­tyj­ską i roz­wią­zał sznur­ki… Nad bie­gu­nem zało­po­tał angiel­ski sztan­dar. Słońce wyszło zza chmur i oświe­tliło pła­sko­wyż na moment, kiedy dowódca uniósł wysoko do góry flagę. Wiatr zrazu powoli sma­gnął mate­riał podmu­chem. Następny powiew sze­roko roz­wiał Union Jacka i Scott wbił go w oku­piony wła­snymi tru­dami, upra­gniony i wyśniony bie­gun…

Piątka męż­czyzn usta­wiła się do pamiąt­ko­wej foto­gra­fii…

Scottgroup
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s