Historia młodzieńca, który przyglądał się powstaniu pewnego wynalazku

Wzięło mnie na napisanie czegoś w starym stylu. Trochę czasu spędzonego na szperaniu w internetowych źródłach, przestawienie umysłu na XIX wiek i oto efekty. Lubię się bawić XIX wiekiem, ale zazwyczaj mój język nie jest aż tak archaiczny. Wyszło mi lub nie, ale jest.

Historia młodzieńca, który przyglądał się powstaniu pewnego wynalazku

Imię moje Pierre. Wysiadłem z pokładu Clermont, statku pana Isambarda Brunela, by
na powrót postawić nogę na ojczystej ziemi. Clermont był to statek potężny,
oddychający dymem i płomieniami, jak określiła go publika, rozpędzający się do
prędkości olbrzymiej – 4 i ćwierć angielskich knots. Mieszkałem istotnie w domu
parowym, ale krotofile przejażdżki morskiej tłumione były przez wewnętrzne
pragnienie ujrzenia wybrzeży Francji. O wczesnych godzinach wreszcie stało się.
Gwizdawka na maszcie wydała krzyk potężny i z portu zbliżył się do nas tender, który
wziął na pokład wszystkich podróżnych z Clermonta. Z radością dałem znanemu
wiatrowi owiać moją twarz. Z daleka przybywałem. Przez kilka lat, począwszy od roku
1810, aż do 1816, zamieszkiwałem z dala od rodzimych stron. Byłem bowiem
studentem i przebywałem na pensji w Liverpool, w Brytanii. Istotnie, kraj ten
niewątpliwie przodował pośród innych, gdy mowa o industrializacyi i technice i
zdążyłem się tam napatrzyć na wiele ciekawych rzeczy. Dość powiedzieć o maszynach
Trevithicka i Stephensona, i o ich żelaznych drogach, które w okamgnieniu obiegły
wszystkie ziemie. Nie umniejszając zasług Brytanii, muszę wspomnieć, że francuscy
lekarze nie mają sobie równych. Z dwóch powodów to mówię, ponieważ znam
doskonałych medyków z ojczyzny, i ponieważ sam uczyłem się prawideł tej sztuki w
Liverpool. Na francuskie akademie nie mogłem liczyć, ubogie pieniądze, odłożone z
wątpliwej pracy czeladnika w zakładzie, nie mogły mi opłacić nauk, pobieranych u
najznakomitszych profesorów. Dość spojrzeć na ubogi mój przyodziewek i połatane
buty, żeby to stwierdzić. Wracałem jednak do rodziny, z nabytą wiedzą i
doświadczeniem, by pomagać ludziom i mistrzom.
Tender wysadził mnie wreszcie na brzeg i skoczyłem, podczas gdy mali chłopcy
uwijali się z mocowaniem postronków na kołki przy brzegu. Przedarłem się przez
tłum gapiów i dotarłem na plac. Stało tam niewielu już ludzi, większość stanowili
zagraniczni podróżni i miejscowi, sprzedający obwarzanki i ciepłą strawę dla
pracowników żeglugi. Uwagę moją przykuło stojące tam dziewczę, ubrane tylko w
nieco mniej liche i zniszczone stroje niż moje, poznałem w niej Anastazję, z którą
rozstałem się przy odjeździe. Ujrzała mnie także i na mój widok wykrzyknęła moje
imię. Pobiegłem ku niej i uściskaliśmy się serdecznie, jak dwaj przyjaciele, którzy z
dawna się nie widzieli. Po wymienieniu się wiadomościami chwyciłem jej koszyk z
zakupami i ruszyliśmy w stronę miasta, traktem do Amiens. Twarz jej śmiała się i
dobrze poznawałem tę samą osobę, która kiedyś, w przededniach mojej podróży,
lepiła ze mną pigułki u tego samego aptekarza. Z wielkim tedy smutkiem
wysłuchałem, że droga Anastazja choruje na płuca.
– Czy są doktorzy w stych stronach? – spytałem, myśląc, że wszystko się zmieniło
odkąd opuściłem Amiens.
– Niewielu, drogi przyjacielu. Starzy umarli, młodzi powyjeżdżali. Dlatego wszyscy
liczymy tu na ciebie. Jest co prawda jeden, obcy w tych stronach. Mieszka za katedrą,
może go odwiedzisz?
– Jak się zwie ów doktor – spytałem, nie wiedząc czy może jakaś sława nie jest w
miasteczku przejazdem.
Anastazja szukała nazwiska w pamięci.
– Rene Laennec – powiedziała wreszcie.
Rene Laennec! Podczas pobytu w Liverpool obiły nam się o uszy wprawdzie imiona
bardziej znane, ale osobistość ta, uczeń Nicolasa Corvisarta, nadwornego medyka
cesarza Napoleona, była mi dobrze znana! Doktor Rene Laennec leczył wówczas
schorzenia obszarów klatki piersiowej, zajmował się osłuchiwaniem i opukiwaniem!
Podstawy tej sztuki, zapisane przez Leopolda Auenbruggera w Inventum novum,
sięgały 1761 roku! Niepotrzebnie abszytowali wszyscy młodzi lekarze z Amiens, ale
obeność Laenneca przywróciła mi utraconą nadzieję! Anastazja patrzyła się na mnie,
szukając powodu mojego uniesienia. Opowiedziałem więc jej wszystko, co wiem o
doktorze Laennecu. Anastazja uradowała się tak samo jak ja i w weselszym już
nastroju powędrowaliśmy przez pola Francji, by wkrótce ujrzeć wystające z zieleni i
strzelające pod nieboskłon, elewacje katedry Notre Dame.
Miałem szczęście, gdyż burzowe chmury przeszły bezpiecznie nad Amiens i niebo
pozostało przez długi czas bez skazy. Następnego dnia postanowiłem odwiedzić
znakomitą osobę w jej mieszkaniu. Niestety, ubiór mój, podniszczony frak à l’anglaise
jeszcze z Liverpool, nie nadawał się już do noszenia, na szczęście droga Anastazja
wyszukała mi u kumoszek podobny, nieco szerszy. Zostawiłem kuferek podróżny u
dziewczęcia i ruszyłem w stronę katedry, rozmyślając nad przyszłością. Zanim jeszcze
noga moja stanęła na progu doktora Laenneca, minąłem się ze starym proboszczem z
Notre Dame, który zapamiętał mnie jako małego chłopca. Twarz miał zatroskaną i
zbliżył się do mnie:
– Niech Bóg ci błogosławi, zacny Pierre. Niebiosa cię nam zesłały, gdyż lazaret nie
może sam podołać takiej liczbie pacjentów. Zdaje się, że gruźlica nie omija młodych,
oszczędzając starych… Ja sam zdrowy, Bogu niech będą za to dzięki, ale ludność
choruje a medyków brak.
– Idę, wielebny ojcze, do doktora Laenneca, który pono zatrzymał się w Amiens. Człek
znany i szanowany, a i ja na coś się przydam.
Proboszcz pokiwał głową i odszedł w swoją stronę. Tymczasem ja szybko minąłem
fasady kościoła i skręciłem na zachód, kilka toise w stronę uboższej dzielnicy. Na
skraju zielonego trawnika stał wysoki dom murowany, ze starej cegły i dachówki na
górze. Miał duże okna i białe firanki w środku. Przy drzwiach tabliczka z cyny głosiła:
Rene Laennec
doktor medycyny
Chciałem wejść, ale powstrzymał mnie głos fletu. Obróciłem się i zobaczyłem
człowieka, mężczyznę niższego niż ja, ubranego w bogatsze jedwabne justaucorps,
rozpiętą kamizelkę i długie culotte, które zachodziły aż do butów. Rękawy miał
podwinięte, gdyby przerwał przed chwilą pracę, a pod szyją zawiązaną białą chustkę.
Oblicze miał blade i dobrotliwe, krótkie czarne włosy były ułożone niesfornie.
Spostrzegł mnie i przerwał grę.
– Wiesz pan może, czy doktor Laennec jest u siebie? – spytałem.
– Ja jestem doktorem Laenneciem – odrzekł nieznajomy.
– Doktorze… – wyszeptałem, zdejmując z głowy stary cylinder.
Uścisnął mi dłoń. Wdaliśmy się w dłuższą pogawędkę. W rozmowie z nim wyszło, że
jest człowiekiem przejętym i szlachetnym, a także znakomitym fachowcem.
Opowiedziałem mu pokrótce powód mojej wizyty i problem, z jakim Amiens się
borykało. Zdawał się wiedzieć o tym, gdyż zaprosił mnie do siebie, do skromnie
umeblowanego i ciemnego mieszkania. Były tam dwa pokoje, sień i pracownia, która
służyła za gabinet i sypialnię. Spostrzegłem drewniane meble, skrzynię na ubrania, a
także półkę pełną aparatury, rurek, słoików i narzędzi. Zwróciłem uwagę na jedno, był
to niewielki cylinder, z drewna, długi może na 20 cali i szeroki na dwa i ćwierć.
Zwrócił uwagę doktora mój pytający wzrok. Chwycił cylinder pieszczotliwie, jak
dziecko i odezwał się z dumą.
– Znasz li grekę? – zapytał.
– Znam, doktorze – odparłem.
– Wiesz zatem, że stethos to klatka piersiowa, a skopos to obserwator.
Potwierdziłem.
– To jest stetoskop – ciągnął Laennec – dziś go ukończyłem. Eksperymentowałem z
papierowymi rurkami i zdawało mi się, że słyszę przez nie lepiej bicie serca przy
osłuchiwaniu.
Pomysł doktora wydawał mi się olśniewający. Zostałem więc na dłużej, a Laennec
uraczył mnie opowieścią o swoich badaniach. Mówił o swoim mistrzu i o Inventum
novum, opowiadał mi o swojej wrażliwości na dźwięk, dzięki czemu mógł grać na
flecie w chwilach wolnych od zajęć, wreszcie usłyszałem o jego pracy w Amiens.
– Dzięki temu aparatowi będę mógł zdiagnozować więcej chorób płucnych. A także,
drogi przyjacielu, osiągnąć dystans, bo, jak często wiesz, pacjenci śmierdzą.
Roześmiałem się serdecznie. Na koniec przedłożyłem doktorowi mą prośbę. Ku mej
wielkiej radości, zgodził się i zdecydował przyjąć mnie na swego pomocnika. Już
nazajutrz przeniosłem na zaplecza Notre Dame mój kuferek i żywo zaczęliśmy pracę
w Amiens. Dzięki nowinkom doktora Laenneca stwierdziliśmy liczne przypadki
zapaleń, czy to oskrzeli, otrzewnej, płuc czy opłucnej, albo też odmę, zgorzel, gruźlicę i
inne schorzenia. Nasza współpraca układała się doskonale przez lata, uratowaliśmy
też drogą mi Anastazję i innych mieszkańców Amiens, aż wreszcie, zachęceni naszym
przykładem, inni młodzi lekarze powrócili do miasta. Dorobek Rene Laenneca był
wielki, utrwalił on kwestie egofoni, szmeru oddechowego i innych dziedzin tej nauki.
Z wielkim żalem pożegnałem go w 1826 roku, gdy odszedł, o ironio losu, na gruźlicę.
Miał niespełna 45 lat.

Reklamy

5 myśli w temacie “Historia młodzieńca, który przyglądał się powstaniu pewnego wynalazku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s