Kiedy ekspedycja się kończy…

18 stycznia 1912 roku brytyjski podróżnik Robert Falcon Scott zdobył biegun południowy.

I już nazajutrz, 19 stycznia, rozpoczęła się jedna z najtragiczniejszych epopei w dziejach polarnictwa. Odwrót, który kosztował życie lidera wyprawy i jego wiernych towarzyszy. Na samym jego końcu, kilkanaście kilometrów od bezpiecznego schronienia, zabrakło im siły, ciepła i tych kilku kroków…

Szkoda, ale nie sądzę, bym mógł więcej pisać.
R. Scott
Na Boga, zajmijcie się naszymi bliskimi!
Ze zmartwiałych, zmrożonych palców Scotta wypadł cicho ołówek, przetoczył się po
szorstkim materiale śpiwora i przepadł w półmroku namiotu. Przeczytawszy ostatni raz własne zapiski, powoli zamknął skórzane okładki dziennika i wsadził je pod oparcie, między plecy a drążek namiotu.
Błędnym wzrokiem wpatrywał się w jeden punkt. Strzępki myśli, kołatające mu w głowie, miały być ostatnimi w jego życiu. A tak niewiele brakowało do sukcesu…
Ostatnie dni marszu były najcięższymi, jakie Scott zaznał na Antarktydzie. Wlekli się,
ciągnąc resztkami sił puste prawie sanie, których płozy wmarzały co chwila w lód,
utrudniając dodatkowo drogę. Od zejścia z lodowca pożegnali już dwóch towarzyszy – teraz zostało ich tylko trzech. Wiedzieli, że to koniec, ale postanowili walczyć do ostatku. Tak niewiele brakowało by dotarli do One Tone Depot, składu jednotonowego, w którym nareszcie mogliby się najeść, wyspać i odpocząć. Tak blisko, a tak daleko.
W namiocie panował półmrok. Mała lampka, świecąca na resztkach spirytusu nikłym
płomieniem, nadawała upiorny wyraz twarzom trzech podróżników. Okropnie wymęczone, pokryte odmrożeniami, które powodowały wielkie rany, wychudłe, zapadnięte, otępiałe. Oczy, zaczerwienione i zaropiałe, były jedynym żywym punktem na ich twarzy.
Ręce, sczerniałe i poranione na palcach, z trudem utrzymywały ołówek, pismo w dzienniku było niewyraźne, urywane.
Zsiniałe wargi nie mogły wymówić żadnego słowa. Z opuchniętych dziąseł, oznaki szkorbutu, płynęła krew. Siedzieli w milczeniu, w bezruchu, pogrążeni w letargu, straszliwie marznąc, każdy zajęty własnymi myślami.
Scott wspominał, bolesne, ciążące na nim wydarzenia, swoje własne błędy, za które teraz pokutował, mściły się na nim samym. Wspominał dom, rodzinę, uśmiech żony, która dodawała mu otuchy przed wyprawą. Wspominał syna, którego miał już nigdy nie zobaczyć, który będzie musiał poradzić sobie bez ojcowskiej ręki. I wreszcie pobiegł myślami do najbliższych, do towarzyszy szlaku, do wiernego, starego Wilsona, który nigdy nie wątpił w przyjaciela, który zawsze pochwalał jego decyzje, wiedząc, jak bardzo Scott spragniony jest uznania. Bolesna była dla niego myśl, że Wilson cierpi teraz z jego winy. Z całych sił starał się odegnać myśli o rywalu, Amundsenie, i o bolesnym zawodzie, jaki jego, Scotta, spotkał. Chciał umrzeć pogodnie.

RobertFalconScott_by_UltramarineArt - Kopia

Braterskim uściskiem otoczył ramieniem Wilsona. Drugą ręką rozchylił stwardniałe od mrozu poły śpiwora, rozrzucił starą kurtkę z cienkiej gabardyny i uśmiechnął się. Niech koniec nadchodzi szybko, niech okrutny biegun weźmie ostatni okup…
Szary namiot, targany niemiłosiernie mroźnym wiatrem, wznosił się ponad pustkowia
Lodowej Bariery Rossa. Obok drewniane sanki, na nich tylko puste skrzynki, aparat
fotograficzny i cenne próbki skał. I narty, powbijane na sztorc w śnieg, teraz pochylające się pod wpływem śnieżycy.
Tam spoczywa kapitan Scott, pokonany, ale niezwyciężony, pogrzebany przez Antarktydę, ale żywy wśród ludzi rozumiejących jego przepełnioną cierpieniem walkę na białym szlaku.

 

P.S. Ten piękny rysunek zawdzięczamy Ultramarynowej z Herbacianego Poddasza (nawet Kapitana Nemo tam lubią 😉 ). Niech będzie on natchnieniem dla wszystkich podróżników! Pozdrawiam Was z krainy lodowców – Robert Scott. 

Reklamy

12 myśli w temacie “Kiedy ekspedycja się kończy…

  1. To teraz ja będę Cię oficjalnie chwalić 😉
    Choć nigdy wyjątkowo się nie fascynowałam wyprawami polarnymi, to Twoje opowiadanie należy do moich ulubionych. Podoba mi się to delikatne napięcie, groza lodowego pustkowia i odwaga Scotta. Jest piękne ❤ Opis martwego obozowiska jest bardzo mocny (tzn. kawał świetnej prozy) 🙂
    Również bardzo miło mi się z Tobą współpracuje i bardzo się cieszę z wykonanych ilustracji 🙂
    P.S. A może napisałbyś coś o kpt Nemo? To by było coś! 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Mnie się bardziej podobał Twój poprzedni tekst,,,:P Trochę czuję niedosyt… może stąd, że wyrzuciłeś mnie na ten biegun, już zaczęłam się tam zadomawiać, a ty mnie tak szybko stamtąd wyrzuciłeś… Ale już nie marudzę! Czuć Twój styl, to najważniejsze! 🙂
    W ogóle już Ci o tym pisałam (chyba, tak mi się wydaje…), z chęcią przeczytałabym „coś” większego Twojego pióra. To możliwe? Masz już coś takiego w szufladzie?
    PozdrawiaM

    Polubione przez 1 osoba

    1. Oj, wyrzuciłem? 😉 Jeśli chcesz, mam jeszcze w zanadrzu kilka biegunowych opowiadań, możesz tam dłużej posiedzieć 😉
      Fajnie, że nawet w tak krótkiej pracy i styl się znalazł.
      Coś tam jest… Może nie jest najlepsze, bo pisane z przerwami i chyba jednak lepszy jestem w krótkich formach, ale jest. Jeszcze nieociosane, żeby wstawić na bloga, więc może Ci wyślę na maila? 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      1. Biegunowe opowiadania… brzmi naprawdę nieźle! Jasne, że chcę!
        Z chęcią poczytam! Ciekawość mnie zżera:D Poza tym, gdzieś kiedyś wyczytałam, że tak naprawdę każdy rozdział czy część książki to też taka krótka forma:) Więc może tak popatrz na sprawę…?;)

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s