Noc z dwudziestego trzeciego na dwudziestego czwartego czerwca

Z radością stwierdzam, że opowiadania, w których główną rolę odgrywają opisy rozmaitych nastrojów i tajemniczych wydarzeń, wychodzą mi coraz lepiej. Wiem jednak, że autor jest najgorszym sędzią swojej pracy, dlatego co do ostatecznej oceny zdam się na Was. I chyba pożegnam się na jakiś czas z takim gatunkiem albo inaczej: ruszę na podbój nowych, bo przecież tak wiele jeszcze jest w świecie pisarskim do odkrycia. Dziś na przykład miałem kilka fajnych przemyśleń na temat nowych pól do popisu (ale o tym powstanie niedługo zupełnie oddzielny post 😉 ).

A na dzisiaj przygotowałem nowe opowiadanie, którego pierwsza część właśnie wyszła z drukarni, a raczej właśnie została zapisana w Wordzie. 😛 Od razu powiem, że nie jest łatwo napisać dobrą kontynuację czyjejś opowieści i sam mógłbym znaleźć w poniższej pracy punkty, do których mógłbym się przyczepić. Myślę, że nie o to tu jednak chodzi. Noc z dwudziestego trzeciego na dwudziestego czwartego czerwca jest urywkiem z historii kapitana Nemo. Akcja opowiadania toczy się pomiędzy wydarzeniami opisanymi w 20 000 mil podmorskiej żeglugi i Tajemniczej wyspie. W pracy rozwinąłem koncepcję, według której główny bohater, kapitan Nautilusa, jest Polakiem, powstańcem walczącym z caratem.

Noc z dwudziestego trzeciego na dwudziestego czwartego czerwca

Dzisiaj na wielkiem morzu obłąkany,

Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem,

Widziałem lotne w powietrzu bociany

Długim szeregiem.

Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,

Smutno mi, Boże!

Czy widział je? O tak, wiele razy. Gdyby w dzienniku okrętowym zapisywano wszystkie chwile, które kapitan spędził na stalowym mostku Nautilusa z sekstantem w ręku, bynajmniej wcale nie przeprowadzając pomiarów, tylko z utęsknieniem wypatrując tych białych ptaków, otrzymać można by liczbę wcale nie mniejszą niż suma wszystkich kilometrów przebytych podczas podmorskich podróży.

Wielokrotnie musiał powstrzymywać gest dłoni, podczas gdy głos wewnątrz duszy kazał mu chwytać za ster i płynąć jeszcze kilka rumbów na południe, bliżej ciepłych wybrzeży Afryki, gdzie uskrzydlone zwiastuny ojczyzny przesiadywały na brzegu morza. Jeszcze częściej z żalem wydawał rozkaz, by uruchomić potężne maszyny i opuścić niepisane porty śródziemnomorskie. Lubił przesiadywać na pomoście, patrząc z zamyśleniem w niebo, wsłuchując się w przyjemny głos wolnych ptaków, który przypominał mu dźwięki zgoła znajome, ale z dawna już zapomniane, wyciszone, stłumione. I, pomimo iż tego pragnął, czuł się obco, wdychając parne powietrze i opalając wysmaganą wszystkimi wiatrami świata skórę.

Często było tak, że podczas tych oględzin kapitan nie był samotny. Towarzyszyła mu załoga, stale milcząca, jakby bała się naruszyć świętą ciszę wspomnień. Na ten czas znikała między nimi jakakolwiek hierarchia, jakiekolwiek zwierzchnictwo czy bariery. I wtenczas nie tworzyli już mściwej załogi niszczyciela, tylko pielgrzymkę tułaczy, która zatrzymała się obok przydrożnej kaplicy, wiedząc jednak, że cel jeszcze daleko i zgoła w innym miejscu.

Bywało też tak, że powierzchnię oceanu marszczyły fale, wiatr był lodowaty i smagał wszystko na swojej drodze, a nieboskłon zasnuwały ciemne i gromowładne chmury. Jednak kilka sążni pod wodą prąd nie był zmącony nawet najdrobniejszą zmarszczką, a okręt płynął swobodnie, przenikając otchłanie niczym duch z zaświatów. I nie było bocianów, a jedyny dźwięk, jaki otaczał Nautilusa, stanowiły przeciągłe i głuche śpiewy humbaków.

Wtedy cała łódź była pogrążona w letargu, nie słychać było nawet kroków mężczyzn spacerujących po korytarzach, a miarowy łoskot z maszynowni po pewnym czasie zlewał się z ciszą, tak że ludzie i mechanizm stawali się jednością, nierozerwalną i wiążącą. Kapitan zaszywał się w takich chwilach w swojej kajucie, nie patrzył nad biurko, gdzie wisiały portrety ludzi mu najbliższych, garbił się i ślęczał nad książką, której zapewne nie dałoby się znaleźć na żadnym innym statku na świecie. Tak, w chwilach, gdy kapitan nie mógł napawać oczu widokiem bocianów na niebie, czytał o nich poemat, przenosząc się w duchu do chwil spędzonych w portach basenu Morza Śródziemnego! I smutno mu było, a gdy podnosił się znad biurka, to tylko po to, żeby zasiąść do organów i biegać palcami po ciemnych klawiszach aż do znudzenia, aż do chwili, gdy sztuka stawała się zupełnie pusta. I rzucał się wtedy na łóżko, a jego pierś unosiła się w niemym szlochaniu. Czy płakał? Tego nigdy nie widział nikt.

Stan ten był nieodłączną częścią życia kapitana nawet wtedy, gdy jego myśli zaprzątały sprawy nawigacji, polowania czy zemsty. I wydawać by się mogło, że będzie on trwał wiecznie, sprowadzając w końcu nieuchronny koniec, pozbawiony wytchnienia, ulgi i odpoczynku. Jednak zaszły pewne wydarzenia, które wybiły kapitana z rytmu i wniosły do jego życia nową barwę, nowy odcień, który spowodował przynajmniej pewną refleksję, jeżeli nie gruntowną zmianę.

W nocy z 5 na 6 listopada 1867 fale rzuciły na pokład Nautilusa trzech rozbitków.

***

23 czerwca 1868 roku można było zauważyć dziwny blask czy to poświatę, przemieszczającą się po pokrytych delikatnymi zmarszczkami fal mętnych wodach Zatoki Gdańskiej. Pełzła niczym wąż, a gdyby jakiś ciekawy rybak skierował w jej stronę swoją łódź i wychylił się za burtę, niechybnie zobaczyłby szybko poruszający się cień, przypominający do złudzenia grzbiet długiej ryby, której łuski odbijały promienie księżyca. Nie znalazł się jednak nikt, kto wypłynąłby w tę noc na wody zatoki. Nikt nie zauważył i nie poczuł dziwnej aury tajemniczości, która unosiła się wtedy nad falami.

A pod powierzchnią morza ta atmosfera wcale nie słabła, wręcz przeciwnie, potęgowała się. Na pokładzie okrętu panowała doskonała cisza, ta sama, co panująca podczas lektury Słowackiego. Kapitan pierwszy raz od dwudziestu lat skierował ster łodzi w stronę cieśniny Skagerrak. Długo się wahał, zastanawiał się czy podjęta decyzja jest decyzją słuszną, rozważał aspekty techniczne okrętu – ale nie, od czasu, kiedy trzej więźniowie Nautilusa zginęli w toni maelstromu, na pokładzie i w życiu kapitana coś pękło, coś się zawiesiło, coś sprawiło, że dawny nieugięty mocarz się zamyślił i zwątpił, desperacko powracając do tego, od czego musiał uciekać. Powrót nie był niczym nadzwyczajnym. Tylko zmęczone serce kapitana biło szybciej, powodując, że spędzał całe dnie leżąc na otomanie w kabinie. Teraz jednak stał przy sterze, opierając jedną dłoń na drążku, a w drugiej trzymając lornetę. Nie tak sobie wyobrażał tę chwilę. Nie tak myślał, że będzie, że powrót nastąpi w osamotnieniu, w niepogodzie, w tym samym stanie duszy, co od lat – może tylko trochę bardziej przygnębionym. Nie wracał, uwolniwszy się od prześladowcy, nie wracał, dopełniwszy jakiejś misji, nie wracał wolny, spokojny, nie wracał zwycięski. Szedł tam, bo wszystko inne przestało go pochłaniać, wszystkie cele, które sobie niegdyś postawił, teraz jawiły mu się jako dziecięca igraszka, niepotrzebnie ugiął się pod naporem wspomnień i oskarżeń, aż wreszcie z w ą t p i ł, tak, jego wiara została zachwiana i musiał płynąć, aby doznać pokrzepienia, szukał potwierdzenia, że to co robi, jeszcze ma sens. Nie prosił o radę towarzyszy, nie pozwolił im stać na mostku podczas wchodzenia w zatokę. Wydał dyspozycje i czekał na cud.

Około godziny piątej po południu zobaczył ląd, po którym już nie umiał chodzić. I zadał sobie pytanie czy ten skrawek ziemi, od którego nieraz cenniejsze było mu morskie dno, czy jest już wolny, czy wciąż zniewolony?

[…]a ja przecie

Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,

Płynąc po świecie.

W opowiadaniu wykorzystałem fragmenty utworu Juliusza Słowackiego.

Ciąg dalszy nastąpi (żywię głęboką nadzieję, że wkrótce 😛 ).

A taką reklamę dostałbym w XIX wieku:

Roux_1890_Hetzel_Ad

Powieszę ją sobie nad łóżkiem, jeżeli opowiadanie się nie spodoba 😛

Pozdrawiam serdecznie! 😉

 

Reklamy

2 myśli w temacie “Noc z dwudziestego trzeciego na dwudziestego czwartego czerwca

  1. Nareszcie się doczekałam 😀 Świetny tytuł, fragmenty Słowackiego świetnie pasują, a całe opowiadania wypada naprawdę ciekawie 🙂 Tylko dlaczego tak krótko i urwane w najciekawszym miejscu. teraz będę siedzieć i myśleć, co wydarzy się dalej… :/

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wow, cieszę się, że tytuł się spodobał! Lubię wymyślać oryginalne tytuły. Wiesz, w jakimkolwiek miejscu bym nie urwał, i tak byś powiedziała, że był najciekawszy 😉 To się nazywa cliffhanger (czy pisarze to aż tacy sadyści, żeby znęcali się nad czytelnikiem? 😛 )

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s