Noc z dwudziestego trzeciego na dwudziestego czwartego czerwca. Część II

Mimo woli rozszerzyłem opowiadanie, dodając do niego ciekawe, moim zdaniem, wątki. Wybaczcie, że udostępniam Wam kolejne części tak powoli – normalnie preferuję publikowanie gotowego dzieła – ale wakacyjne okoliczności są takie, a nie inne. 😉

Małe przypomnienie: Miotany uczuciami kapitan Nemo postanawia odwiedzić Polskę i kieruje stery swojego okrętu podwodnego na południe, w stronę Zatoki Gdańskiej. Czyta wiersze Słowackiego i zastanawia się czy kraj, do którego powraca, jest już wolny…


Około godziny piątej po południu był już 12 mil od lądu, po którym już nie umiał chodzić. I zadał sobie pytanie: czy ten skrawek ziemi, od którego nieraz cenniejsze było mu morskie dno, czy jest już wolny, czy wciąż zniewolony?

[…]a ja przecie

Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,

Płynąc po świecie.

Czy proroctwo miało okazać się słuszne? Zamiast szukać odpowiedzi, opuścił rękę na drążek telegrafu i wysłał do maszynowni sygnał o zbliżaniu się do płytkiej wody. Silniki po chwili mu zawtórowały i turbiny zaczęły młócić wodę, krzycząc hałaśliwie: cała wstecz, cała wstecz! I po raz pierwszy kapitan pomyślał z niechęcią o cudach techniki. Człowiek szczęśliwy nie musiałby się oddawać konstruowaniu tych straszliwych machin – pomyślał – żeby tylko pod jego dachem spokojnie kwiliło dziecko. I na wspomnienie utraconej rodziny czarne myśli znów zasnuły jego umysł, mącąc radość z powrotu do kraju.

Nautilus płynął wynurzony na powierzchni wody. Ląd jeszcze nie pojawił się na widnokręgu, nie mógł być jednak daleko – toteż kapitan kazał zatrzymać maszyny i okręt wkrótce zwolnił, kołysząc się na falach. Najwyraźniej zamiarem załogi było zejście na ląd – płytkie wody zatoki wymagały zacumowania łodzi w odległości nie mniejszej niż mila morska od brzegu i pokonania pozostałej odległości pontonem bądź szalupą. Nautilus tej ostatniej nie miał – trzej rozbitkowie, rzuceni ongiś na jego pokład, zabrali ją, próbując uciekać. W ładowni była jednak składana tratwa, która idealnie mogła spełnić to samo zadanie.

Dzwon okrętowy przenikliwym brzmieniem zwołał całą załogę do salonu, w celu wysłuchania kilku słów dowódcy. Po pięciu minutach wszyscy obecni na statku zgromadzili się w centralnym pomieszczeniu, a kapitan rozłożył na stole mapę i przez chwilę wodził spojrzeniem po twarzach swoich towarzyszy.

– Panowie – odezwał się z wolna – dobrze wiecie, że nigdy nie brakło nam odwagi, by rozpędzić nasz okręt i zetrzeć z powierzchni ziemi każdego nieprzyjaciela. Nigdy nie wahaliśmy się wypłynąć na powierzchnię i wspomóc potrzebujących; silnym ramieniem czy dobroczynnym darem. Nigdy bez potrzeby nie robiliśmy użytku z piorunującej broni, jaką dzierżymy w ręku. Poruszyliśmy niebo i ziemię, by wydrzeć jej tajemnice natury i wykorzystać zdobycze techniki, o których ludzkość jeszcze nie śniła.

Gdy mówił, nie był już dawnym kapitanem Nemo, którego słowa odznaczały się zawsze namiętnością i silną gestykulacją. Tym razem był zgarbiony, mówił monotonnie i z rezygnacją. Tylko w szeroko rozstawionych niczym dalekosiężne działo oczach załoga czytała ten sam upór i silną wolę.

– Nadszedł jednak dzień – ciągnął – w którym nawet wszystkie te niezawodnie doskonałe zalety zostały przyćmione przez jedną potrzebę, przed którą żaden z nas nie umiał się cofnąć.

I gdy to powiedział, uświadomił sobie, że zdanie to brzmiało niczym usprawiedliwienie samego siebie w oczach towarzyszy. Czy pytał się ich wcześniej o uczucia? Czy zasięgnął rady? Sam jeden, nie porozumiewając się z nikim, skręcił ster o kilka rumbów na południe i pożeglował  w stronę kraju. Nie mógł wiedzieć czy załoga, wierna od lat, ale przecież składająca się tylko z ludzi, czy podziela jego zdanie i czy też chce wracać! Może pragnęli zobaczyć kraj wolny, kiedy ta wolność będzie zapewniona, a nie tylko podejrzewana. Może chcieli wrócić jako bohaterowie, w chwale i sławie, z pełną swobodą i radością… Wiedział też, że zaakceptują każdą jego decyzję, przyzwyczaili się, synowie morza, do twardych rozkazów i posłusznego ich wykonywania. On także przywykł do wydawania poleceń, nie licząc się z wolną wolą bliźnich.

W salonie zapadła cisza. Nemo nie chciał już kończyć przemówienia. Spojrzał w stół i namyślał się dłuższą chwilę. Wreszcie podniósł głowę i spojrzał na człowieka, który stał bezpośrednio naprzeciwko i cicho, niemal bezgłośnie, zadał pytanie:

– Bosmanie… Jakie mamy wskazania manometru?

Marynarz, w stronę którego pytanie to zostało skierowane, nie był obrazowym wilkiem morskim. Myliłby się ten, kto sądziłby, że bosman Potocki chodził w wytartym wełnianym swetrze pod szyję, z fajką w ustach i wizerunkami powabnych syren wytatuowanymi na ramionach. Wręcz przeciwnie, bosman Potocki był człowiekiem małej postury, z podłużną głową porośniętą krótkimi włosami i równie niewielkim, zaniedbanym zarostem. Na nosie tkwiły okrągłe okulary, rysy miał inteligenta, na ustach igrał od czasu do czasu uśmieszek, a prawie zawsze między wargi wciśnięty był tlący się papieros. Oprócz funkcji wynikającej ze swojego stopnia, Potocki pełnił na Nautilusie rolę fachowca i inżyniera. Obok licznych jego pomocnych uczynków na pokładzie okrętu wymienić należy kilka jego rozpoznawalnych przywar – Potocki był zagorzałym antysemitą, oprócz tego wyrażał niechęć do innych nacji w ogóle – ale w inny ciekawy sposób. Mianowicie gardził ludźmi o mniejszej zdolności intelektualnej niż on sam. Był też opryskliwy w stosunku do obcych, za to przywiązywał się jak pies do starych przyjaciół, a jak kot – do owianych wspomnieniami miejsc.

– 30 i dwadzieścia pięć setnych sążnia – odpowiedział, patrząc spokojnie na kapitana. Nie zamierzał w żaden sposób kwestionować decyzji swojego dowódcy.

– Wobec tego możemy podpłynąć do brzegu jeszcze na kilka mil, a potem wodujemy tratwę. Zmieści się na niej pięć osób, dlatego…

– Skąd pewność, że w ogóle wszyscy chcemy zejść na ląd? – przerwał mu nagle Modrzejewski, sternik.

I stało się. Rzecz ciekawa, w chwili, wydawać by się mogło, najbardziej podniosłej, która powinna wszystkich obecnych scalać, a nie dzielić, po wielu latach przebytych razem i przypieczętowanych wielokrotnymi dowodami oddania i wierności, w najmniej oczekiwanym momencie, rozpalała się atmosfera wzajemnej nieufności. Nikt nie miał na to wpływu – było to po prostu bolesnym ciosem dla ambitnego kapitana. W pierwszej chwili chciał zgromić niesubordynowanego sternika wzrokiem i twardo wprowadzić swój rozkaz w życie, ale potem przypomniał sobie, ile ten dlań zrobił i zmiękło mu serce.

Andrzej Modrzejewski był jedynym na Nautilusie żeglarzem z krwi i kości, który nie tylko sam pływał i miał w ręku wyćwiczony fach, ale też posiadał w rodzinie głęboko zakorzenione tradycje. Jego przodkowie brali udział w bitwie pod Oliwą, a sam sternik był nie tylko awanturnikiem tułającym się po morzach – takich kapitan Nemo miał na pokładzie wielu – ale miał też poważny stopień w królewskiej marynarce brytyjskiej. Gdyby tylko mógł, z ochotą poświęciłby się pracy na okrętach w ojczyźnie, jednak nie pozwalały mu na to wszystkim dobrze znane warunki.

Wyróżniał się spośród towarzyszy południową urodą – był niski, krępy i barczysty i nawet podczas służby na podwodnym okręcie zataczał się na boki, gdy chodził – krokiem chwiejnym, typowym dla tak wielu marynarzy, nawykłych do ciągłego kołysania na morzu. Egzotycznego wyglądu dodawały mu kędzierzawe włosy i ciemna cera. Twarz jego i ręce były pokryte licznymi plamami wątrobowymi, i tylko jeden szczegół nie pasował do reszty twarzy – czarny długi wąs.

– Nie jest to zależne w żaden sposób od mojej decyzji, Andrzeju – odpowiedział kapitan – zostawiam to całkowicie waszej woli, bo wiem, że zejście na ląd w tych okolicznościach może budzić sprzeciw i wasze wątpliwości.

– I budzi – ciągnął sternik – nie po to zszedłem na morskie dno i uciekłem z tego kraju, by powracać przed czasem, niczym dziecko, które nie jest w stanie wytrwać w danym matce postanowieniu! Gdzie tu moja wolna wola, skoro jestem pasażerem Nautilusa i pozostaję całkowicie zależny od jego ruchów! W kraju panuje wojna, czuję to. Nie nadszedł jeszcze czas, kapitanie. Nie chcę, by wszyscy musieli mimo woli potakiwać pana decyzji, tylko dlatego, że czuje pan niepokój ducha po zniknięciu Francuzów z pokładu!

– Profesor i jego towarzysze nie mieli z tym nic wspólnego – w innym wypadku Nemo zareagowałby ostrzej, ale teraz nie zamierzał odwoływać się do swojego autorytetu.

– Doskonale, kapitanie. Wobec tego pozwoli pan, że będę decydował sam za siebie. Nie opuszczę tego statku. Trzymam jego ster i moim zadaniem jest doprowadzić go do bezpiecznego portu. Do bezpiecznego, podkreślam. Kto chce, może zostać ze mną.

Załoga stała, zaskoczona śmiałym wystąpieniem Modrzejewskiego. Salon zamienił się w stadion albo mównicę, na której zmierzali się dwaj dyskutanci.  Kapitan Nemo patrzył się na załogę, szukając w ich oczach wyroku: na ląd czy na pokład?

Franciszek Bryza. I oficer. 45 lat. Nieprzejednany wróg najeźdźców.

Orłowski. Nawigator. Urodzony z sekstantem w ręku.  Na lądzie rozwodnik i hulaka.

Ferdynand Arciszewski. Marynarz. 34 lata. Dobry żołnierz.

II oficer. Piotr Łomaniewski. Serdeczny druh i ojciec piątki dzieci. Z pewnością chce je zobaczyć.

Inżynier silnika, Jan Hejdel. 50 lat. Ogniste rude włosy i broda. Przed wojną kolejarz.

Palacz, Jakub Bończa. Dusza artysty. Przyjaciel z opozycji. 37 lat.

Stanisław Pepłowski. Meteorolog. 29 lat. Znowu rodzina.

Kucharz. Także żołnierz. Historyczne nazwisko. Zygmunt Batory.

Cyprian Bryt. Żona i dwójka dzieci. Wykładowca na uczelni.

Sternik Modrzejewski.

Bosman Potocki.

I kapitan Nemo.

Ci, którzy nigdzie indziej się nie przydadzą. Ci, których połączyła miłość do ojczyzny i wspólna misja. Ci, którzy zamierzają osiągnąć cel, jaki sobie postawili na początku.


Ciąg dalszy już po przerwie. Mam nadzieję, że ten czas upłynie dla Was w przyjemny sposób, może na jakiejś inspirującej lekturze. Pozdrawiam serdecznie! 🙂

 

Reklamy

2 myśli w temacie “Noc z dwudziestego trzeciego na dwudziestego czwartego czerwca. Część II

  1. Maks, to było absolutnie świetne! Czytałam z zapartym tchem. Jest dużo ciekawsze, niż część pierwsza (bez urazy) i w moim odczuciu to najlepszy fragment tekstu Twojego autorstwa jaki przeczytałam 🙂
    Gratuluję :]
    I z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. Bardzo dziękuję za wspaniały komentarz! Bardzo mi miło, cieszę się! 🙂 Każdy ma swoich faworytów 😉
      Niestety Twoja cierpliwość zostanie wystawiona na próbę, na razie z kapitanem odpoczywamy na wakacjach i pisać tu nijak 😉 Ale na pewno po powrocie siadam do komputera i nadrabiam zaległości. Pozdrawiam serdecznie!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s