Noc z dwudziestego trzeciego na dwudziestego czwartego czerwca. Część III

Wracam do pracy po urlopie! Było aktywnie, myślę, że wkrótce opowiem Wam trochę więcej. Na razie następna, spóźniona część opowiadania. 


Franciszek Bryza. I oficer. 45 lat. Nieprzejednany wróg najeźdźców.

Orłowski. Nawigator. Urodzony z sekstantem w ręku. Na lądzie rozwodnik i hulaka.

Ferdynand Arciszewski. Marynarz. 34 lata. Dobry żołnierz.

II oficer. Piotr Łomaniewski. Serdeczny druh i ojciec piątki dzieci. Z pewnością chce je zobaczyć.

Inżynier silnika, Jan Hejdel. 50 lat. Ogniste rude włosy i broda. Przed wojną kolejarz.

Palacz, Jakub Bończa. Dusza artysty. Przyjaciel z opozycji. 37 lat.

Stanisław Pepłowski. Meteorolog. 29 lat. Znowu rodzina.

Kucharz. Także żołnierz. Historyczne nazwisko. Zygmunt Batory.

Cyprian Bryt. Żona i dwójka dzieci. Wykładowca na uczelni.

Sternik Modrzejewski.

Bosman Potocki.

I kapitan Nemo.

Ci, którzy nigdzie indziej się nie przydadzą. Ci, których połączyła miłość do ojczyzny i wspólna misja. Ci, którzy zamierzają osiągnąć cel, jaki sobie postawili na początku.

– Na ląd! – przerwał ciszę Potocki. 1:0 – pomyślał z nadzieją kapitan – jeśli on zejdzie, kto wie, czy reszta nie pójdzie za jego przykładem…

I stała się rzecz dziwna, przewidywania kapitana sprawdziły się co do joty. Już po chwili salon wypełniły podniesione do góry ręce. Jedna, dwie, pięć, osiem… Dziesięć. Kto zmienił zdanie? Kto stracił szansę na ujrzenie ojczyzny? Kto wydał na siebie wyrok i zapragnął pozostać na pokładzie?

Modrzejewski, rzecz jasna, i…

– To pan, panie Batory? – spytał z niedowierzaniem Nemo.

– To ja, panie kapitanie – głos kucharza był tak samo spokojny i ciepły, jak podczas gotowania podwieczorku – Zygmunt Batory będzie gotował. Nie nadszedł jeszcze czas.

A na nas pora – pomyślał Nemo.

———

Pożegnanie było krótkie. Mocny, męski uścisk dłoni. Kucharz uśmiechał się serdecznie, a w jego oku zakręciła się łza. Tyle lat, tyle wspomnień. Natomiast Modrzejewski z lekką pogardą patrzył na kompanów. Też podał im ręce, też serdecznie, ale z wyrzutem, z bólem. Ostatni zbliżył się doń kapitan.

– Andrzeju – powiedział ciepło – szanuję twoją decyzję i z całego serca życzę ci wszystkiego najlepszego – masz teraz klucz do potęgi, jaką jest Nautilus. Wykorzystaj go dobrze. Oto – tu kapitan podał sternikowi zalaminowaną kopertę – oto są wszystkie parametry i wskazówki techniczne, które pewnie i tak znasz lepiej niż ja. W środku znajduje się jeszcze moja ostatnia wola. Ta jej część, którą poświęcam morzu. Proszę cię, bądź jej wykonawcą.

I kapitan uściskał serdecznie Modrzejewskiego.

Z ładowni wyciągnięto tratwę, do zaimpregnowanych płóciennych worków wrzucono trochę jedzenia, broni i pieniędzy, otwarto luk prowadzący na powietrze i spuszczono konstrukcję na wodę. Każdy już się śpieszył, ogarnięty gorączką niczym poszukiwacz złota, nie patrząc na powagę sytuacji i ostateczny cel. Pierwsza piątka zajęła miejsca, chwyciła wiosła i odepchnęła tratwę od stalowych burt łodzi podwodnej. Głuchy dźwięk metalu miał być ostatnią melodią z przeszłości, którą słyszeli w swoim życiu. Nemo nie było na pokładzie, chciał jeszcze pożegnać się ze statkiem, z dziełem, które stworzył.

Minęło kilka minut. Tratwa z pluskiem wioseł oddaliła się na odległość kilkuset jardów, ale Batory i Modrzejewski wciąż stali na pomoście Nautilusa, patrząc się ostatni raz na towarzyszy ostatnich lat. Jakie im wtedy towarzyszyły myśli? Tego nie wie nikt.

Kucharz wyciągnął z kieszeni swoją składaną lunetę i przyłożył ją do oka. Wycelował w kolegów na tratwie, wodząc wzrokiem po ich sylwetkach, a potem omiótł pośpiesznie widnokrąg. Drgnął i odsunął instrument od oka.

– Andrzeju – kiwnął na sternika – chodźże no tu – i wskazał ręką na horyzont. Modrzejewski nic nie mówiąc chwycił za lunetę i przyłożył do oka.

– Niech Bóg Wszechmogący ma nas w swojej opiece – wyszeptał i po chwili krzyknął:

– Statek na zawietrznej!

Kapitan Nemo, który w tym momencie pochylał się nad jakimś kufrem w salonie, wyprostował się i zaczął się zastanawiać czy przypadkiem źle nie dosłyszał. Ale nie, krzyk powtórzył się, bił na alarm, kołatał w ciszy. Istotnie, Modrzejewski i Batory krzyczeli, machali ramionami, żeby tylko poinformować załogę tratwy o niebezpieczeństwie.

Należy przypomnieć, że na Nautilusie każde pojawienie się okrętu na horyzoncie było poważnym zagrożeniem. Zawsze była możliwość konfrontacji, a jeśli nie – to na pewno zdradzenia swojej tożsamości. Setki kapitanów żaglowców, handlowców, fregat wojennych i kutrów rybackich zastanawiało się, czym był ten wrzecionowaty kształt napotkany po drodze. Wtedy nikt nie pomyślałby, że może to być kadłub łodzi podwodnej. A teraz… Teraz Nautilus był zdemaskowany. Świat wiedział od roku, że statek kapitana Nemo to nie żaden potwór morski, tylko niebezpieczny okręt podwodny. Przecież trzej rozbitkowie, którym udało się wymknąć z uwięzienia, na pewno rozpowiedzieli wszystkim i wszędzie o prawdziwej tożsamości tego ,,cudu natury”.

Nie należy się więc dziwić przesadnej ostrożności kucharza i sternika. Po kilku chwilach dołączyła do nich druga część załogi, czekająca na kurs tratwą, a zaraz potem nadbiegł kapitan, przebrany już w lnianą marynarkę. Na szyi miał ciężką lornetę. Przepchnął się przez kompanów, przystawił aparat do oczu i śledził widnokrąg przez dłuższą chwilę.

Tymczasem entuzjazm powoli słabł, machanie i krzyki ustawały, albowiem zauważono jedną rzecz – nie miały one żadnego pożytku. Ludzie na tratwie zdawali się nie słyszeć nawoływań. Oddalali się równym tempem od Nautilusa i zbliżali do brzegu, nieświadomi zagrożenia. Kapitan skończył oględziny i odwrócił się plecami do towarzyszy. Zapytany, co widział, odparł, zmienionym głosem:

– To fregata… niezwykle duży, opancerzony, pruski statek.

Ponownie zgromadzili się w salonie. Potocki pobiegł do kabiny po spis okrętów pruskich na terytorium Bałtyku. Nemo chwycił mapę zatoki i wbił cyrkiel w punkt, w którym znajdował się Nautilus.

– Tu jesteśmy my – tłumaczył – w tę stronę tratwa oddala się z prędkością dwóch węzłów. Spostrzegliśmy okręt o tu, w tym punkcie. Płynie on pod żaglami i pełną parą. Jest mniej zwrotny i wolniejszy niż my, za wszelką cenę chcę jednak uniknąć konfrontacji. Możemy mieć nadzieję, że jeszcze nas nie zauważył, Nautilus jest przecież głęboko zanurzony.

– Na nic, na nic! – krzyknął Bryza, pierwszy oficer – tratwa się oddala, lada moment ją spostrzegą. Orłowski i inni są w niebezpieczeństwie!

Nemo skrzyżował ręce na piersi.

– Nie możemy nic zrobić. Naprawdę chciałbym, żeby było inaczej.

– Podpłyńmy do nich!

– Dla Nautilusa to będzie za płytko. Co, jeśli tam utkniemy, bez możliwości ucieczki?

– Jesteśmy odpowiedzialni za tych ludzi – włączył się Ferdynand Arciszewski.

– Już nie. Sami chcieli zejść na ląd.

– Kapitanie, niech pan nie zapomina, że jest pan wśród nich. Wśród grupy ,,lądowej”!

Nemo spochmurniał.

– Ma pan rację. Ale mam ludzi tutaj, na pokładzie! Nie mogę szafować ich życiem. Naradźmy się najpierw, oceńmy niebezpieczeństwo!

W tej chwili wbiegł Potocki z obszernym katalogiem w ręku. Rzucili się nań jak drapieżniki na mięso.

– Flagowe okręty Kaiserliche Marine – mruczał Potocki, wertując stronice – fregaty parowe. Jest.

– Może to korweta? Mamy tu cztery do dyspozycji.

– Nie, zbyt ciężka jak na korwetę. To na pewno fregata parowa.

Gefion? Thetis?

– Szukamy naprawdę dużego okrętu.

– Sam widziałem ten wzmocniony, pogrubiony kadłub…

– To może być SMS Friedrich Carl. Jedna z najnowszych i najmocniejszych jednostek pruskich.

– A co za tym idzie, wrogich – dodał I oficer.

– Bosmanie, przeczytaj parametry – polecił kapitan.

– Pancerz z żelaza, 7 ton wyporności, kadłub długi na 100 jardów, zanurzenie – 7 jardów.

– Przerwij na chwilę. Średnia głębokość zatoki to 50 metrów. Przy brzegu będzie płycej. Żeby staranować kadłub z zanurzeniem siedmiu jardów, musielibyśmy zanurzyć Nautilusa na głębokość co najmniej dziesięciu – z tym wiąże się zbyt duże ryzyko.

– Za to nadrabiamy prędkością – zaśmiał się gorzko Potocki – ten statek, oby go diabli wzięli, rozpędza się do trzynastu węzłów. My do dwudziestu czterech.

– A co z uzbrojeniem?

Bosman nieco zbladł, gdy czytał.

– Czternaście dział kalibru 21 centymetrów o polu rażenia 6,500 jardów i dwa działa z polem do 5,700 jardów. A pancerz pod powierzchnią wody gruby na 12,7 milimetrów. Na pokładzie pięć setek marynarzy.

– Mogliby nas zmieść. Z równym powodzeniem my ich. Panowie, trafiliśmy na godnego przeciwnika – odezwał się Nemo.

W tej samej chwili okrętem wstrząsnęło potężne uderzenie, do uszu wszystkich doszedł dźwięk ton metalu spadających na żelazny pancerz i cała załoga została powalona na ziemię.

– Zauważyli nas – jęknął Potocki, podnosząc się z podłogi – zapewne Orłowski już zawraca tratwę i płynie w naszą stronę. Coś mi się widzi, że już ich więcej nie ujrzymy.

– Zamknij się! – zgromił go Arciszewski – lepiej przygotujmy się do wzięcia ich na pokład.

– Panowie, ruszamy się! – krzyczał Nemo – cała naprzód! Pełne zanurzenie! Mechanicy do silników! Reszta do torped! Potocki ze mną na mostek! Jazda!

Po chwili silniki, rozgrzane i głośne, napędziły śruby okrętu do przodu i statek ruszył. Z każdym metrem rosło niebezpieczeństwo, każda sekunda groziła katastrofą – kapitan stał na mostku, wpatrzony w manometr, na którym odległość do dna wciąż malała. Woda dookoła kadłuba wrzała, dziób rozcinał fale i leciał do przodu, wyglądając sam jak wielki pocisk. Po kilku minutach Nautilus zanurzył się, a nad powierzchnię wystawał już tylko pomost. Stał na nim kapitan. Narzucił na ramiona czarny sztormowy płaszcz i lustrował przestrzeń przez lornetę. W duszy słyszał mimo woli dźwięki gry na organach. Przygotowywał się do ostatniej bitwy. Bardziej jednak niż o sobie, myślał o załodze desantowej tratwy. Czy jeszcze żyją? Czy pocisk nie zmiótł wątłej konstrukcji z powierzchni morza?

Nie było czasu na rozmyślania. Niespełna pół mili przed Nautilusem płynął w kierunku południowo-wschodnim okręt. Nie był to statek z podniosłej ery żaglowców brytyjskiej marynarki, nie. Jednak jego ponura i mocna konstrukcja budziła grozę. Od linii wody po burty lśnił pancerz żelazny, pokryty czarną smołą. Co dwie stopy rysowała się platforma, z której ział otwór przygotowanej do strzału armaty. Każde z tych dział było wielkie, odlane z najlepszych stopów, składające się z segmentów przypominających lunetę. Ostatni, ten najbardziej z tyłu, był osadzony na szynach, po których posuwała się cała konstrukcja w chwili wystrzału. Był on jednocześnie największy i najmocniejszy, to tu miała miejsce eksplozja. Dookoła tych urządzeń krzątały się setki marynarzy. Ci sami palili w kotłach pod wielkim zbiornikiem z wodą. Z niskiego i grubego komina unosiły się kłęby czarnego dymu. Niskie maszty były toporne, a rozpięte na nich żagle nie miały w sobie nic z dumnych łopotów dawnych okrętów. Wszystko tu było przygaszone, ciężkie, ciemne i krzykliwe.

W tej samej sekundzie powietrze przeszył świst, a w morzu obok Nautilusa wytrysnął do góry słup wody. Nemo zacisnął kościstą pięść na kole sterowym i patrzył się przed siebie z grozą na twarzy. Wciąż czekał, aż dwa statki zbliżą się na dystans odpowiedni do wysłania torpedy…

Odległość zmniejszała się. Manometr bił na alarm: mielizna podchodziła nieuchronnie. Potocki, który siedział obok kapitana, błędnymi oczami patrzył się na urządzenie. Chciał coś powiedzieć, powstrzymać dowódcę, zawrócić. Atmosfera na mostku emanowała dziwną mocą od kapitana Nemo i bosman tylko ocierał pot z czoła.

Nemo patrzył się już tylko przez lornetę. Widział łopoczącą na wietrze banderę, czarnego orła i czarny krzyż. Widział manewry marynarzy, widział lufy armat. Świat zaokrąglił mu się tylko do tej perspektywy. Jest za płytko, drogi kapitanie… Do dna już tylko 15 sążni… Ale zbyt daleko, aby wystrzelić torpedę. Prawie chwycił tubę, żeby wykrzyczeć rozkaz. Druga ręka prawie cofnęła drążek telegrafu na pozycję ,,cała wstecz”. Już po omacku. Przed oczami łopotała mu czarna bandera. 10 sążni. Kanonierzy na fregacie ładowali armaty. Koniec, straszny koniec. Jeszcze sto jardów i będzie mógł krzyknąć: ognia! Nigdy czas nie dłużył mu się tak bardzo, jak w tamtej chwili. Po drugiej stronie przeładowywano działa.

Ręka opadła na drążek telegrafu. Cała naprzód. Silnik zawył, rzucił Nautilusa do przodu, manometr pokazał 5 sążni pod dnem, na fregacie dano rozkaz i czternaście dział wyrzuciło czternaście kul z luf, Nemo dał rozkaz i pod pokładem wypuszczono wszystkie torpedy, usłyszał zgrzyt stali, opuścił lornetę i zamknął oczy.

– Niech się dzieje wola Boża – wyszeptał.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s